malarstwo i Ty - sztuka z bliska

®

Witam serdecznie! Informację o moim wykształceniu, a więc uzasadnienie mojego świadczenia „usług edukacyjnych w zakresie kultury i sztuki w tym malarstwa” można znaleźć najszybciej na podstronie kwalifikacje, natomiast dane dotyczące mojej działalności gospodarczej można przeczytać na przykład na podstronie oferta.

Flaga Szwecji Flaga Francji Flaga Polski

Rozmaitości: Rozumiem to tak, a Ty?Rozmaitości: nasze eko

Nowości: lipiec-wrzesień 2016

15 września 2016

Tak naprawdę i normalność, i zdrowie psychiczne powinny się bardzo dobrze rozumieć i chętnie razem przebywać, a nawet mogą na stałe chodzić w dość szczęśliwej parze. Kiedy to okazuje się możliwe? Zazwyczaj wtedy, gdy skalę adekwatności buduje intelekt.

13 i 14 września 2016

Właśnie sobie uświadomiłam, że chyba jeszcze nie napisałam na tej stronie o różnicy pomiędzy normalnością a zdrowiem psychicznym. To wcale nie są synonimy. Normalność, to coś co można ostrożnie próbować mieścić w określeniach: bezinteresowna serdeczność, szacunek, umiejętność wyczucia sytuacji. Natomiast zdrowie psychiczne to... adekwatność do sytuacji. Osobiście wolę normalność.

***

Reklama w Google AdWords, w którą, drodzy Internauci, klikacie jest też mojego autorstwa. Jak na razie wciąż jeszcze nie zlecam reklamy mojej strony innym firmom. Jeśli pozwolicie mi osiągnąć i utrzymać jakiś finansowy sukces, powiem Wam jak to się robi. Patrząc na moją ofertę z perspektywy biznesowej, chcę powiedzieć, że moja oferta to wynik moich przemyśleń nad tym czym faktycznie jest tzw. samozatrudnienie. Kto w nim pracuje, wiadomo, ale kto w nim jest wypłacającym wynagrodzenie? Wstępnie doszłam do wniosku, że z samozatrudnienia da się jeszcze wyróżnić jedną formę zatrudnienia, która formalnie działałaby tak samo, ale miałaby lepszą nazwę: zatrudnienie społeczne, czyli coś co byłoby chyba idealne dla tzw. wolnych zawodów. Nie wszystko bezpłatnie, ale właśnie z jakimiś niewielkimi opłatami (jak za bilet do kina) i to nie przed obejrzeniem czy przeczytaniem, ale po (wtedy nie może być mowy o reklamacji, ponieważ sam fakt wynagrodzenia jest uznaniem wartości), żeby artysta mógł tworzyć na co dzień jednak bez sponsorów. To jest dobre nie tylko dla twórców, ale też dla dobrych sponsorów, którzy mogą się wtedy zareklamować przy jakiś wernisażach, a nie na stronie, jeśli cała jest utworem, ale tak naprawdę w ogóle nie powinno być sponsorów sztuki, takich, którym chodzi tylko o reklamę, bo to też jest przeciw sztuce. Chyba, że sponsorzy sztuki, to równocześnie kupujący twórczość danego artysty.

Dlaczego mam wierzyć tylko w ludzką nieuczciwość? Przecież równie dobrze mogę wierzyć w ludzką uczciwość: człowiek moją stronę ogląda, czyta, ocenia i jeśli uzna, że jest za co, to płaci, a jak dojdzie do wniosku, że nie, to nie.

***

Moje pisarstwo nie gardzi uczuciami, ale jest bardziej intelektualne, niż emocjonalne. To co piszę czasem może się wydawać mało konsekwentne, ale to tylko złudzenie, które znika, jeśli się weźmie pod uwagę... odkrycia mechaniki kwantowej (jako narzędzie do podejmowania trudniejszych przemyśleń). Tu jest do zauważenia taka językowa nieścisłość, którą chciałabym od razu wyjaśnić Czytelnikom moich tekstów. Sformułowanie "odkrycia mechaniki kwantowej" można rozumieć na dwa sposoby: 1. "odkrycia" - kogo? czego? - "mechaniki kwantowej" oraz 2. "odkrycia" - kogo? co? - "mechaniki kwantowej". W pierwszym rozumieniu "odkrycie" odnosi się do całej mechaniki kwantowej, czyli można sobie wyjaśnić, że autorka być może ma na myśli to, iż mechanikę kwantową odkryli co najmniej dwaj fizycy, więc dlatego jest tu mowa o "odkryciach mechaniki kwantowej". Natomiast w drugim rozumieniu to "mechanika kwantowa" odnosi się do "odkrycia" (jako dyscyplina nauki ma swoje odkrycia). W tego typu sytuacjach spory nie mają żadnego sensu, ponieważ oba rozumienia mieszczą się w prawidłowym rozumieniu, ale jest ryzyko błędu w rozumieniu co autorka miała na myśli. Czasem to nie ma wielkiego znaczenia, więc tego typu dociekania można pominąć, ale czasem tego typu błąd bardzo zmienia sens. Jeśli się nie chwyta tego typu niuansów, a tylko jedno znaczenie, to można nawet wylecieć z naukowej kariery za takie wnikliwości, ponieważ nie przejdzie się przez spór o przypadki. Tylko pytanie "co w takim razie autorka miała na myśli?" daje jakąś szansę na uniknięcie tego błędu (lub wnikliwa i łatwo sprawdzalna dedukcja). J. polski jest naprawdę trudny, ale też dając taki ogrom możliwości, wyjątkowo piękny. Wiele znaczeń można nim wyrazić. Właściwie tak naprawdę można nim malować przepiękne i... opalizujące obrazy. Takie, jakich farbami już nie. Czyż nie jest to piękno jak w j. łacińskim? A może j. polski nie jest j. słowiańskim, ale... romańskim?

***

Jeśli się uda, że wydam książkę z moim kursem malarstwa, to jej cena będzie ceną za książkę jako utwór tekstowy oraz za kurs. Dlaczego? Ponieważ w moim odczuciu tak jest uczciwiej (już mnie nie będzie stać na gratisy). Nie powinno być bardzo drogo. Wydaje mi się, że uda mi się zmieścić w kwocie do 100 zł za książkę z kursem (przy nakładzie 200 egz).

6 września 2016

Mała dygresja: Jeśli kobieta mówi, że się denerwuje, to prawie nigdy nie chodzi tu o złość. Najczęściej o zamartwianie się. Jeśli kobieta chce być lepiej rozumiana, powinna - wg mnie - jeśli się martwi, jednak mówić: "martwię się", a nie "denerwuję się", ponieważ komunikat "martwię się" niesie w sytuacji rzeczywiście martwienia się więcej prawdy, ale nie mówię tu o sytuacji większej ilości prawdy, ponieważ dzieje się jakieś kłamstwo, tylko raczej o  braku zastanowienia się nad tym co drugi człowiek może zrozumieć przez te słowa, które wypowiadamy nieraz z przyzwyczajenia. Jan Kasjan w książeczce "O przyjaźni" rewelacyjnie dookreśla sens prawdziwej i trwałej przyjaźni. Zauważa, że większa miłość nie buduje na niechęci do kogokolwiek, ponieważ jest miłością (nie ma być nienawiści do kogoś, aby do kogoś innego była miłość, tylko właśnie ma być miłość, bo miłość [cały czas mowa o miłości w odmianie przyjaźń], a nie miłość na bagnie zła [pamiętam, że kwiatki lotosu kwitną na błocie, nawet wiem że z błota bywa, iż się robi borowiny, czyli proszę spróbować mnie zrozumieć chociaż tu, że pisząc o tym, że nie ma być miłości na bagnie zła piszę o czymś innym niż duchowość Dalekiego Wschodu; piszę tu o przyjaźni, ale bez kwestionowania ogólnie wiadomego faktu, który jest przecież oczywisty, że cała natura jest dobra {a człowiek - jako dzieło Boże - bardzo dobry}, więc dobre są i kwiatki, i błoto, i... kwarki {natomiast właśnie nie ma być tego co jest przeciw naturze, czyli np. aborcji}], a bardzo dobre prawdziwe przyjaźnie). W przyjaźni - jak wydaje mi się, że zrozumiałam Kasjana - chodzi o taką większą miłość, która nie pozbawia kogoś innego mniejszej, a ta mniejsza jest jak najbardziej wystarczająca. Nie może się dziać krzywda. Pomysł, że jeśli chcą się przyjaźnić trzy osoby, to jest to niemożliwe, ponieważ jedna z trzech na pewno okaże się zwalczana przez dwie i to tylko po to, aby te dwie mogły się zaprzyjaźnić jest i błędem, i jeszcze na dodatek właśnie potworną krzywdą. Nie tylko w relacjach dorosłych, ale też czasem krzywdą dziecka w rodzinie. Dziecko, naprawdę potrzebuje obojga rodziców, ponieważ właśnie w tych relacjach powinno odnaleźć ten brak zagrożenia, ten autentyczny i 100%-owo pewny brak zdrady, w sytuacji, gdy świetnie się dogaduje raz z matką, a innym razem z ojcem, ale na zupełnie inne tematy, a na jeszcze inne, kiedy spędzają czas we trójkę, czy w piątkę, albo nawet w 10-tkę, bo i z rodzicami, i z rodzeństwem. Pointa: ci, którzy starają się na co dzień żyć w łasce uświęcającej i siły czerpią z modlitwy i sakramentów na pewno czerpią siły od Boga, więc - jak św. Matka Teresa z Kalkuty, która codziennie adorowała Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie - dopiero ci ludzie mogą coś komuś naprawdę dać, ponieważ tylko ci ludzie mają z czego zaczerpnąć. W innych sytuacjach, może poza jakimiś wyjątkami, jest - w najlepszej, czyli w najszlachetniejszej nawet relacji - tylko wymiana, co działa np. na zasadzie poczucia zobowiązania, pamiętania o rewanżu itd. Dlaczego tylko wymiana? Nie dlatego, że człowiek nie chce nic dać ponadto, ale ponieważ nie ma skąd wziąć tego więcej, które się bierze właśnie od Boga. Jeśli chcesz mieć to więcej, musisz to wziąć od Boga, a jeśli tym więcej dasz komuś jakieś sensowne wsparcie, to wtedy będzie to miłosierdzie (bezinteresowne wspieranie, kiedy na pewno jest to potrzebne, byłby to uczynek, który podchodzi pod "kategorię" strapionych pocieszać).

5 września 2016

Czy można się pośmiać z malarstwa? Tak, można. Ale czy to jest jego zrozumienie? Nie za bardzo. Zrozumienie może być zupełnie w innym, niż anegdotyczne, miejscu. Dlaczego tak usilnie zachęcam do samodzielnej pracy twórczej? Dlaczego tak wiele piszę na tematy życiowe? Dlaczego wręcz usilnie namawiam do pisania do mnie listów i wysyłania pocztą tzw. tradycyjną? Nie dlatego, że podoba mi się sztuka poczty, albo że mi się nic już nie chce, choć to pierwsze to prawda, a drugie to nieprawda. Ani nawet nie po to, aby się pochwalić, że mam jakieś życiowe doświadczenie, choć to fakt. Dlatego natomiast, że: 1. nie uczę grafiki komputerowej, a naprawdę podstaw dość solidnego malarstwa, a tego w ogóle nie można pojąć bez opanowania sztuki jako takiego myślenia i właśnie jakiejś obiektywnie sensownej życiowej samodzielności (dopiero wtedy jest jakaś szansa, żeby człowiek zrobił na kartce papieru własne, a nie cudze maziugi), 2. artysta malarz posługuje się zestawem "wzrok + doświadczenie życiowe + przemyślenia", a to oznacza, że powinien ten zestaw chronić i przed komputerem, i przed reklamami, i nawet przed obrazem w telewizorze o rozdzielczości, która już dawno przekroczyła naturę i wygląda jak zmaterializowana pycha, i przed wszystkim innym co ten rodzaj narzędzia uszkadza. Jest realnym ryzyko, że prawdziwemu malarstwu braknie za chwilę Odbiorców. Chodzi o analogiczny rodzaj uszkodzenia jak w muzyce. Tak, to prawda, że ten rodzaj niewidzenia czy ten rodzaj niesłyszenia nie przeszkadza życiu jako takiemu (przecież nadal się widzi i nadal się słyszy), ale kompletnie niszczy jego jakość. To nie jest akapit o moim zniechęceniu, ale podpowiedź jak naprawdę zacząć się uczyć malarstwa. To, że się umie skopiować cudze maziugi nie czyni malarzem, ale dobrym rzemieślnikiem. To też trzeba umieć. Ale te umiejętności zdobywa się już na wyższych uczelniach.

2 września 2016

Malować można zwyczajnie. Bez żadnych kompletnie podtekstów. Naprawdę. Ale to może zrozumieć tylko ten, kto maluje. Krytyk raczej nie, ponieważ krytyk zajmuje się wyszukiwaniem ukrytych znaczeń. Ale gdzieś może ich nie być. Baśniowy świat znaczeń też jest czasem niezłą sztuką (wtedy malarz może się zająć wyszukiwaniem ukrytych znaczeń). Czy jest zależny od sztuki, którą krytykuje? Nie. Jest do niej tylko życzliwie nastawiony. Nie wiem czy za życzliwość można brać pieniądze.

25 sierpnia 2016

Czy jest możliwe, tak tylko na rozum, pojąć - tak bardzo na poważnie - co jest tą słynną wolą Bożą? (To pytanie też jest a propos malarstwa, ponieważ pozwala uwolnić się z może nawet przymusu przepracowywania własnej osobowości w czasie pracy nad obrazem, a nauczyć się zwyczajnie cieszyć malowaniem może nawet całkiem dobrego obrazu.) Wydaje mi się, że przy zastosowaniu dużego uogólnienia tak. Wydaje mi się, że wolą Bożą jest, aby autentycznie wszyscy ludzie, czyli naprawdę każdy i to bez jednego wyjątku, przeżyli swoje życie jak najszczęśliwiej (w obiektywnym rozumieniu szczęścia, czyli przynajmniej w taki sposób, aby nikomu, nawet sobie, nikt nie wyrządzał krzywdy), dożywali późnej starości w jak najlepszym zdrowiu i umierali naprawdę godnie. Tu nie trzeba wielkiej filozofii, aby to wymyślić. Wszystko inne jest konsekwencją wybierania (mniej lub bardziej świadomie) zła lub mniejszego dobra. Te konsekwencje okazują się nieprawdopodobnie pokomplikowane. Ale co jest mniej więcej na pewno dobre, nawet w tym pokomplikowaniu, da się zauważyć.

22 i 24 sierpnia 2016

Czy jakiś obraz okaże się i malarstwem, i - przy okazji - jakąś autentyczną pociechą zależy od jego tematu, ale też od jego kolorów oraz od sposobu malowania. Inną sprawą pozostaje orientować się co tak naprawdę cieszy. Jeśli cieszą nokturny, to dlaczego? Przecież powinny cieszyć obrazy jasne. Nie jest dobrze jak cieszą nokturny. Ale nie jest pewnikiem, że jak ktoś maluje ciemne obrazy, to ma depresję. To wcale nie musi iść w parze. Inną sprawą okazuje się rozważanie na temat jak sobie poradzić z własną fascynacją mocnymi kolorami po jakimś pobycie np. w Indiach, jeśli w Polsce tę fascynację bardzo szybko ustawia się w ramach przejawów podobno na pewno manii. Ale niedawno zobaczyłam coś jeszcze lepszego, niż upieranie się, że ktoś może mieć tylko zamiłowanie do mocnych kolorów, a nie od razu manię. Zobaczyłam, ku mojemu estetycznemu zdumieniu, bardzo sensowne przetworzenie kolorystyczne tego co piękne w krajach kolorów jaskrawych na to co nie może się nie podobać w Polsce, a na pewno nie podchodzi pod manię. Inna jakość. Bardzo dobra. Żadnych powtórzeń. Zupełnie nowe zestawienia. Naprawdę OK. Da się, więc jednak ustąpić lub się nie przejmować, czyli jednak promować jaskrawość lub jednak ją stonować. Ale i tak się zastanawiam czy w takim razie może się okazać skuteczne w autentycznym leczeniu manii malowanie nokturnów lub na odwrót w leczeniu depresji - malowanie z decyzji, a nie z odczuć, obrazów w kolorystyce jasnej.

13 sierpnia 2016

Od czasu do czasu przypomina się, że pewien bardzo znany i szanowany Hindus kiedyś naprawdę zachwycił się Panem Jezusem, ale w końcu chrześcijaństwa jednak nie przyjął. Argumentem było spostrzeżenie, że wyznawcy Jezusa Chrystusa wcale nie są tacy wspaniali, jakby tego należało oczekiwać wpatrując się w przykład Pana Jezusa. Dlaczego M. Gandhi nie mógł pojąć chrześcijaństwa w takim stopniu, w jakim to jest potrzebne, aby przyjąć chrzest? Możliwe, że dlatego, iż nie zrozumiał prawdy o krzyżu, który koniecznie trzeba wziąć (to jest warunek), jeśli się chce być uczniem właśnie Pana Jezusa, czyli jeśli się chce uznać Go za swojego jedynego Mistrza. W chrześcijaństwie poza tym nie chodzi tylko o krzyż własnych słabości, ale też - jeśli ktoś może - o podjęcie krzyża pomocy innym, a to sprawia, że nie każdy ma możliwość, aby walczyć o jakieś zaawansowane stopnie ascezy. Poza tym chrześcijaństwo i jest, i nie jest elitarne, więc są w nim asceci, ale i tacy, a nawet taka jest większość, którzy są nawet kompletnie bez sił, aby się choć odrobinę o ascezę postarać, czyli różni połamańcy, różnego typu celnicy, jakaś ogromna ilość chorych, sporo bezdomnych, trochę śmierdzących wódką, którzy próbują jakimś cudem jednak się pozbierać itd. A są i tacy, których trzeba do Pana Jezusa przynieść na noszach i użyczyć im własnej wiary, bo już nawet wiary nie mają, ale mają przyjaciół, którzy właśnie chcą im pomóc, więc proszą dla nich o cud uzdrowienia. W chrześcijaństwie w ogóle nie ma panteizmu, a człowiek pozostaje stworzeniem. Przemiana duszy w Boga to skrót myślowy św. Jana od Krzyża, w którym chodzi o doskonałe zjednoczenie duszy z wolą Bożą. Raczej się tu nie mylę, ale jeśli się mylę można mnie poprawić.

23 lipca 2016

Piękni są młodzi, ale nie tylko młodość jest piękna. Jej gładkość nie ma jak zastąpić mądrych zmarszczek, którymi czasem obdarza doświadczenie lat życia po 35-tce, a które stają się widoczne wcale nie tak prędko, wcale nie po 45-tce, rzadko po 55-tce, odrobinę po 65-tce, ale na to trzeba jeszcze dłużej żyć, aby je można było naprawdę zobaczyć, ale jak się je zobaczy, to człowiek już nie tęskni za minioną młodością, ale zdarza się mały cud: chętniej spogląda na własną przyszłość, więc też własną starość, ponieważ odnajduje nadzieję, że może i jego twarz kiedyś okaże się choćby promykiem blasku prawdziwej mądrości dla młodych. Ale teraz w Krakowie naprawdę piękni są młodzi. Jakie to miłe, jak tylu młodych, spokojnych, uśmiechniętych ludzi chodzi po ulicach miasta.

22 lipca 2016

Kiedy się czasem zastanawiam nad sensem pracy nad sobą, dochodzę do wniosku, że taki bieg po wszelkie zmiany jest bardzo niedobry, ponieważ - patrząc z perspektywy mojego zawodu konserwatora malarstwa - można inaczej pracować nad sobą: jeśli nie umiemy się ucieszyć, to przynajmniej spróbujmy docenić tę tzw. warstwę pierwotną naszego człowieczeństwa, bo inaczej to może wyglądać jak ciche mówienie Panu Bogu, że Jego dzieło nie podoba mi się, czyli może próbuję zarzucić, że jest złe, a przecież na pewno jest bardzo dobre, więc na pewno powinno się podobać, czyli jeśli mi się nie podoba, to znaczy, że mam powód do pracy nad sobą. No chyba, że trafiamy na straszne swoje wady, to tego typu "rzeczy" faktycznie nie mogą się podobać. Widzę dużą różnicę w pracy nad sobą polegającą na przyjęciu do wiadomości, że człowiek musi się zmienić, bo wszyscy się zmieniają, więc on też musi (inaczej pewnie go nikt nie polubi lub w ogóle nie dostanie pracy, albo nie będzie jakiegoś awansu) co przecież jest obarczone jakąś poważną pretensją, a pracą nad sobą polegającą na nauczeniu się akceptacji dla tego co faktycznie jest dane człowiekowi z natury, np. z biegiem lat siwe włosy lub całożyciowe zamiłowanie do górskich wędrówek. Ale mam jednak tu na myśli coś poważniejszego niż siwe włosy i wycieczki w góry. Mam na myśli talenty. Nawet w tej przestrzeni wydarza się zazdrość i trawa w cudzym ogrodzie talentów wydaje się nam bardziej zielona, niż we własnym, a przecież poniżej talentów jeszcze są zdolności. Przecież wiadomo, że tak wiele można się nauczyć. Szkoda czasu na zazdrość. Lepiej ten czas przeznaczyć na nauczenie się tego czego jakoś odrobinę zdarzyło się nam komuś pozazdrościć. Talent to też tylko bardzo dobry start: dobre widzenie kolorów, dobry słuch muzyczny, dobra pamięć do zapamiętywania ogromu tekstu itd. Każdy ma jakiś talent (już o tym kiedyś tu pisałam, ale chciałam przypomnieć). Trzeba go tylko poszukać. Inna sprawa, że talenty nie są jaskrawe i nie są krzykliwe, więc jeszcze potrzeba Odbiorców. A czy można mieć talent do rozumienia malarstwa? Myślę, że tak.

19 lipca 2016

Chyba pierwszym pewnym momentem w historii, w którym z dużym prawdopodobieństwem sukcesu można było uwierzyć drugiemu człowiekowi, była chwila, w której Sokrates doszedł do wniosku, że jednak nic nie wie. Tak się czasem wszystko komplikuje, że w niektórych sytuacjach dopiero słynne "wiem, że nic nie wiem" okazuje się wiarygodnym początkiem prawdy. Samotność bez pomocy sakramentów drąży rozpacz, czyli to właśnie na co dał świadectwo Sokrates. Tyle lat już to wiadomo. To zostało zapomniane czy dzieje się coś jeszcze innego? Człowiek zamiast w twarz przyjaciela patrzy w komputer, cieszy się, że w dużych sklepach coraz więcej jest kas samoobsługowych, chętnie korzysta z bankomatów, co jest zresztą premiowane bezpłatnością transakcji, na chandrę naświetla się lampami zamiast o swoim chwilowym przygnębieniu komuś opowiedzieć, telefony okazują się miejscem prezentacji nagrań (biedni telemarketerzy nie wiedzą, że sprzedają nie to co powinni) itd. Dużo tu można wymienić przykładów. Kto się zaplątał w samotność niech idzie w góry i niech się tam porządnie zmęczy, to wtedy w schronisku przy jakimś prostym jedzeniu przypomni sobie jak to jest jak się z drugim człowiekiem normalnie rozmawia.

18 lipca 2016

Tej wystawy naprawdę nie można przegapić:
Maria Mater Misericordiae w Muzeum Narodowym w Krakowie.

6 lipca 2016

Jako praktykująca katoliczka chcę powiedzieć, że zszokowała mnie ilość towarów i wystaw na rynku z wizerunkami diabła, które zobaczyłam dziś w jednym z centrów handlowych. Nie często chodzę po sklepach, więc pewne zmiany widzę wyraźniej. Nie za bardzo rozumiem o co chodzi w tych, które zobaczyłam dziś. Przecież my, katolicy, przy chrzcie wyrzekamy się diabła i jego dzieł, a potem wyznajemy wiarę. To co się teraz dzieje, np. na wystawach sklepowych, to chyba naprawdę ludzka niegodziwość. Chyba, że to nie są sklepy katolików, ale ludzi, którzy próbują pojąć naszą duchowość, żeby na nas zarobić lub chyba, że nie dociągam w te zagadnienia intelektem, bo ja uważam, że jak się czegoś wyrzekam, to to porzucam lub wyrzucam, albo przynajmniej daję jakikolwiek sygnał, że nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Tak rozumiem wyrzeczenie się czegoś, a nie w ten sposób, że mówię, iż się czegoś wyrzekam, a potem to sprzedaję lub sobie kupuję na jakimś ciuchu, albo torebce. Wyrzekam się szatana i jego dzieł, a wierzę w Boga (tak jak w Credo). Porównanie: Przecież jeśli chcę wyglądać skromnie, nie ubieram się mini. Chyba, że te zdarzenia sklepowe to przejawy nie złej woli, a... schizofrenii. W takim razie trzeba błagać Boga, żeby uzdrowił niektórych z tej makabry. Podsumuję temat tak, aby zrozumieli mnie też niekatolicy: katolicy wyrzekają się szatana i jego dzieł (to wyrzeczenie jest bardzo poważnym aktem przy chrzcie, odnawianym przynajmniej jeden raz w roku, w Wielką Sobotę), czyli wszystkiego tego o czym wiadomo, że nie jest dobrem lub symbolizuje świadomie i dobrowolnie wybrane zło, więc nie powinni się okazać klientami na tego typu towar. Porządny katolik tego nie kupi! Dla nas, katolików, grzechem, czyli złem jest nawet wybór mniejszego dobra, więc w ogóle nie powinno być mowy o wybieraniu zła. Mamy zadane wybieranie zawsze większego dobra. Jeśli katolik wybrał jakieś zło, to znaczy, że właśnie "walnął o trotuar", czyli leży jak długi i musi się zacząć zbierać lub musi poczekać na... miłosiernego Samarytanina. Tu nie chodzi o takie bezmyślne wyrzeczenie się dla samego zwyczaju wyrzeczenia, ale o to, że w ten sposób mówię Bogu, że tak, na pewno chcę dla siebie dobra, a mówię o tym Bogu, ponieważ uwierzyłam Temu, o którym dzięki wierze wiem, że na pewno jest Najlepszy. Zła należy się wyrzec, ponieważ jest szkodliwe (egzystencjalnie, emocjonalnie itd.), czyli nie jest obojętne. Nie jest jak piasek na plaży, ale jak bardzo dotkliwie parzący barszcz Sosnowskiego, którego - przy okazji - też się wyrzekam lub jak materiały z azbestem, które jak wiadomo powodują raka, więc których - jeśli jeszcze gdzieś są na dachach jako eternit - nie wolno samodzielnie ruszać, a trzeba wzywać do tego specjalną ekipę, która umie sobie poradzić nie tylko z usunięciem tych materiałów, ale też z ochroną otoczenia przed skażeniem mikroskopijnymi azbestowymi igiełkami, które właśnie przez to, że dostają się do płuc po jakimś czasie wywołują chorobę nowotworową, a tego ani sobie, ani nikomu nie życzę.

2 lipca 2016

Tej wystawy nie można przegapić: Maria Mater Misericordiae w Muzeum Narodowym w Krakowie.

1 lipca 2016

Jeśli natomiast chodzi o odpępowianie dorosłych dzieci od ich rodziców, czyli w sensie uczuć, to mam następujące zdanie na ten temat: istnieje tu ryzyko niedojrzałości, więc - patrząc na ilość rozwodów - można myśleć, że jest nad czym pracować, ponieważ może być tak, że młody dorosły człowiek nie ma umiejętności rozpoznawania różnych odmian miłości, a więc w konsekwencji też różnych odmian uczuć (choć miłość nie jest tylko uczuciem, chyba bez obaw można powiedzieć, że miłość dysponuje uczuciami, a dysponowanie w miłości uczuciami jest jakimś rodzajem życiowej mądrości). Wszystko mu się miesza, a nie powinno. Człowiek czuje, że kocha, więc ze spokojnym sumieniem może nawet tę miłość wyznać, ale nie wie jaką miłością kocha. Tu nie chodzi mi o jakieś kompleksy, ale o coś nawet odwrotnego (kompleksy dotyczą użycia, więc mieszczą się poza godnością człowieka jako osoby; człowiek ma nie mieć kompleksów). Może kochać narzeczona narzeczonego lub narzeczony narzeczoną miłością, która należy się dzieciom lub rodzicom. No i problemy gotowe. Relacja miłości dzieci do rodziców i rodziców do dzieci jest jedyna i bardzo specyficzna, ponieważ rodzicom od dzieci należy się coś więcej niż szacunek, a dzieciom od rodziców to coś więcej się nie należy, tzn. że jeśli jest coś więcej to jest to coś ekstra, jednak nie można mieć pretensji jak tego ekstra nie ma. Dzieci naprawdę nigdy nie są winne rozwodów rodziców. To sprawa zupełnie innej odmiany miłości, której dorośli dość często nie rozumieją, a która dzieci nie dotyczy. Przykład: całkiem małe dzieci, przed wyjściem do szkoły, są często obdarowywane pocałunkiem w czoło, a rodzice przed wyjściem do pracy często obdarzają się pocałunkiem w usta. Uważam, że ciężką pracą nad sobą da się przezwyciężyć w małżeństwie te odmiany miłości, które nie są odmianą miłości małżeńskiej i zakochać się w sobie nawzajem znów, już tak jak ma być. Tym sposobem da się uniknąć rozwodu. Tylko, że tego się nie da zrobić bez ogromnych cierpień, a mówiąc dokładniej (będzie od razu wiadomo, gdzie szukać pomocy) bez wejścia w ciemną noc zmysłów, o której pisze św. Jan od Krzyża w Nocy ciemnej i w Drodze na Górę Karmel. Zupełnie inną sprawą jest naturalna zazdrość dziecka o miłość, która się należy dziecku, ale dziecko ją widzi w relacjach swoich rodziców. Co ta miłość tam robi? Odpowiedź na to pytanie powinna się okazać podpowiedzią do szukania odpowiedzi na inne pytanie: "dlaczego nasze dziecko już się wyprowadziło"?

***

Dla różnych odmian miłości pozostaje zwornikiem przyjaźń i serdeczność. Relacje dorosłych dzieci z rodzicami i rodziców z dorosłymi dziećmi powinny okazać się prawdziwą przyjaźnią: Każdy na każdego ma prawo liczyć i ma prawo oczekiwać, że się nie zawiedzie. Uważanie i mówienie, i to w ramach płatnej psychoterapii, że te relacje mają się przemienić w relacje obcych sobie osób jest podłością. Tu nie potrzeba artterapii, wystarczy to pojąć.

***

Naszym naturalnym ludzkim usposobieniem , a nie rarytasem, jest serdeczność, choć to usposobienie wcale nie musi się uwidaczniać w jakiejś wylewności uczuć. Całkiem dobrze prezentuje się w zwykłym podtrzymywaniu wartościowych rozmów, w darmowości życzliwych gestów, w akceptacji faktu poczucia humoru, a w poważniejszych sprawach w domniemywaniu niewinności i w przebaczaniu. Natomiast jeśli chodzi o tzw. projekcje, bardzo dobrym miejscem uczenia się na czym one polegają lub sprawdzania czy je mamy jest chwilka zastanowienia się nad treścią życzeń jakie układamy i składamy z całą naszą życzliwością naszym najbliższym. Projekcje można mieć, można ich nie mieć, mogą być dobre, ale mogą też być zupełnie niepotrzebne i komplikujące całkiem fajne życie.

***

Jeśli decydujesz się coś mieć, co jest na pewno obiektywnym dobrem, ale chodzi Ci o to, aby się nie pomylić i na pewno wybrać większe dobro, dla spokoju sumienia jeszcze na koniec, jako ostatnią próbę, przez jakiś czas weź sobie do przemyśleń temat: "kiedy już będę mieć to czego teraz chcę, czego na pewno już mieć nie będę", czyli - w sytuacji decyzji kupienia psa - czy nie będzie za chwilę wielkim nieszczęściem, to że on też będzie miał prawo do rodzinnych wakacji, ponieważ pies zostawiany u obcych naprawdę cierpi, a nie po to ma być kupiony, żeby potem cierpiał (natomiast a propos tego co napisałam wcześniej dodam, że do psa na pewno można się przywiązać, ale nie może być z psem relacji osobowych, ponieważ pies nie jest osobą, a zwierzęciem. Poza tym psa się w ogóle nie całuje, a tylko się głaska i przytula). Dopiero kiedy i ten test na słuszność własnej decyzji wypadnie pomyślnie, można się na to już zdecydować.

powrót

Krótki utwór tekstowy:

O! „Kocham” Kraków, bo to nie grzech.

Krótka obrona magistrów sztuki:

Nie jest prawdą, że dobrzy malarze są dlatego dobrzy, że są pouszkadzani. To paskudne pomówienie. Niestety spotkałam się z tego typu zdaniem na temat twórców. Dlatego oburzona, oświadczam: żeby malować profesjonalnie trzeba mieć silne nerwy i bardzo dobry kontakt z własnymi emocjami. Kto nie ma, nie powinien się brać za ten zawód. Tzw. terapia sztuką to coś zupełnie innego. Zaświadczenie niech będzie potwierdzeniem, że byłam sprawdzić.

Krótka podpowiedź jak się regenerować, kiedy się maluje profesjonalnie:

Od czasu do czasu zaaplikować sobie szybkie chodzenie; od czasu do czasu wypić lampkę dobrego wina (dot. osób nieuzależnionych); od czasu do czasu dobrze się wyspać; od czasu do czasu zająć się rozumieniem tekstu, a nie obrazu; od czasu do czasu zrobić sobie opuszkami palców automasaż głowy.

Krótka aprobata dla malarzy malujących amatorsko:

Malarstwo malarzy amatorów jest mało świadome, ponieważ świadomość tego co się robi na podobraziu uzyskuje się w drodze przynajmniej kilkuletniego kształcenia akademickiego, ale niekoniecznie musi malarzowi zależeć na tej świadomości, więc można z całą pewnością wybrać dla siebie malarstwo amatorskie i może to być jak najbardziej świadomy wybór, a nie jakaś życiowa porażka. Malarze amatorzy mogą z powodzeniem sprzedawać swoje prace, ponieważ ich malarstwo jest łatwiejsze w odbiorze. Pozostają jednak w pewnego rodzaju ciemności twórczej, której nie mają malarze profesjonalni.

Niektóre intelektualne protesty wyglądają tak, jakby ktoś się oburzał na to, że koło, które przede wszystkim służy do konstruowania pojazdów ktoś użył do zbudowania żaren i robi taką formą, którą nie on wynalazł, świetną mąkę. Ale jak się wymyśla koło? Bardzo prosto: trzeba spojrzeć na słońce lub księżyc, pomyśleć i... gotowe. Każdy to może zrobić. Nawet dziś.

14 lutego 2016 r.

© malarstwo i Ty Renata Kucharska, 2010-2017.