malarstwo i Ty - sztuka z bliska

®

Witam serdecznie! Informację o moim wykształceniu, a więc uzasadnienie mojego świadczenia „usług edukacyjnych w zakresie kultury i sztuki w tym malarstwa” można znaleźć najszybciej na podstronie kwalifikacje, natomiast dane dotyczące mojej działalności gospodarczej można przeczytać na przykład na podstronie oferta.

Flaga Szwecji Flaga Francji Flaga Polski

Rozmaitości: Rozumiem to tak, a Ty?Rozmaitości: nasze eko

Nowości: kwiecień-czerwiec 2016

30 czerwca 2016

Widziałam w tym tygodniu trudno gojącą się ranę na nodze po wyjęciu żyły do by-passów (u osoby przebywającej już w sanatorium, po ponad trzech tygodniach od operacji). To był na pewno szokujący widok. Naprawdę nie wiem jak jeszcze potem mogłam zjeść coś co nie jest dietą profilaktyki przeciwmiażdżycowej. Chyba tylko dlatego, że dopiero wychodzę z tego szoku.

***

Jeśli chodzi o blastule, to wcale nie mam na myśli, żeby ich było bardzo dużo, ale tylko to, żeby te, które się pojawiają w ogóle zauważyć, potem docenić i - jeśli trzeba - te właśnie te już zrobione ratować. Po co robić dziesięć nowych blastul, jeśli można zająć się tylko zauważeniem tych już zrobionych? Już od lat wiadomo, że nie da się zbudować szczęśliwych domów na płaczu dzieci w sierocińcach. Osobiście uważam, że nie da się ich zbudować także na ciszy po wykończonych blastulach. Jeśli kiedyś normą w rodzinach było 7-9 dość szczęśliwych własnych dzieciaków, to pewnie teraz taką normą powinno się okazać 3-5 własnych i 2-3 adoptowane też szczęśliwych i też dzieciaków (wtedy adopcje staną się jawną normą społeczną, a nie ukrytym wstydem lub heroizmem). Dodam, że nadal uważam, iż większą ludzką tragedią jest ciężki grzech, niż fizyczna bezpłodność. Przyczyny fizycznej bezpłodności, które natychmiast przychodzą mi do głowy? W zawodzie konserwatora malarstwa pracującego w terenie może to być wdychanie chemikaliów, a poza tym - nie wiem - giną pszczoły, więc może w przyczynach ginięcia pszczół trzeba szukać przyczyn bezpłodności człowieka. W każdym razie jak jakieś małżeństwo nie ma dzieci, na pewno nie wolno myśleć, że pewnie dlatego, iż stosują antykoncepcję. Małżeństwo trzeba zawierać z miłości. Dzieci mają być owocem miłości, a nie celem samym w sobie. Dopiero przy takim podejściu do tych spraw nie ma tematu, że dorosłe dziecko nie ma przeciętej pępowiny. Owoc, jak dojrzeje, sam spadnie. Tylko w dojrzałych relacjach uczuć da się pojąć wyznanie "chcę mieć z tobą dziecko" jako wyznanie najpoważniejszych życiowych uczuć. To jest nie tylko ostatnie, ale i niezbędne wyznanie, które należy wypowiedzieć przed decyzją o ślubie. Ostatnia próba na prawdziwą miłość, jeśli się pragnie, aby ta miłość okazała się szczęśliwym małżeństwem sakramentalnym. I właśnie w tym wyznaniu człowiek okazuje się najbardziej bezbronny, ponieważ da się mu za nie zarzucić... niedojrzałość. Ale proszę się tego zarzutu nie bać, ponieważ tu właśnie chodzi o to, aby ten zarzut, jeśli jest, miał szansę się ujawnić (w relacji narzeczeństwa, czyli w sytuacji, kiedy kobieta ma już na palcu zaręczynowy pierścionek i jest już ustalany termin ślubu, tylko miłość nie ma tego zarzutu, tylko miłość nie odpowie, że nie). Tu potrzeba odwagi, aby pojąć, że nie trzeba się obrażać na taką prawdę, że w sytuacji, kiedy się relacja sypie, pytanie o takie wyznanie może pomóc narzeczonemu lub narzeczonej dookreślić gatunek przeżywanej miłości: "Dziękuję, że zapytałaś. Daj mi chwilkę czasu na odpowiedź. Tak, chcę mieć z tobą dzieci"; lub: "Wiesz? Przepraszam, ale ja chyba nie chcę mieć z tobą dzieci. Chcę je mieć z kimś innym!" Nie wolno się obrażać nawet na taką prawdę, choć się potem chwilę cierpi (ona jakiś czas uważa, że on okazał się jednak draniem, a on się upija jakimś podłym winem, bo rozstanie przecież musi boleć i żeby ona doszła do siebie jednak szybciej, ale - jeśli okazała się prawda - nikt nie myśli, żeby wrócić). Miłość, która ma się za jakiś czas realizować w szczęśliwym małżeństwie sakramentalnym nie może się przejąć ryzykiem fizycznej bezpłodności (ale chcenie dzieci ma być!). Ten rodzaj przejęcia jest formą użycia, więc wymyka się miłości, ale to nie jest sprawa beznadziejna, ponieważ da się ją, tę miłość, odnaleźć w przebaczeniu. Wiem to od ilu lat? Od 22. Tu, w relacjach życia, nikt nie jest łajdakiem. Tego typu myślenie, że ktoś z kimś się rozstał, ponieważ ktoś się okazał łajdakiem jest podłym oszczerstwem z nic niewartego grona "przyjaciół".

A co na to psychologia? Psychologia powie w ten sposób: "Proszę pani, pani naprawdę myślała, że po takim pytaniu on z panią zostanie albo, że może wróci? Nie, proszę pani, pani się kompletnie nie zna na psychologii, a już zupełnie pani nie rozumie relacji pomiędzy mężczyzną a kobietą. Ma pani bardzo niedojrzałe myślenie na te tematy. Kandydata na męża przede wszystkim się uwodzi. Nie wolno wspominać o dzieciach, bo się przestraszy i na pewno ucieknie. Jak zresztą się stało w pani przypadku. No chyba, że pani chciała, żeby uciekł".

***

Ciszę po wykończonych blastulach słychać w Polsce, ponieważ jest zamieszkiwana przez dość zdrowe społeczeństwo, więc reaguje adekwatnie do sytuacji; słychać ją w zanikaniu zwyczaju mówienia sobie "dzień dobry". Tylko w tym fakcie zanikania. Jest szansa.

24 czerwca 2016

Myślę, że doskonałość czasem da się zobaczyć w bardzo zaskakujących kontekstach. Kiedy się bierze pod uwagę drogę autentycznego nawrócenia, udaje się pomyśleć nawet to, że gdyby Piłat zareagował z wysokiej półki człowieczeństwa, to byłaby to inna reakcja, niż wiemy, że się wydarzyła, ponieważ motywowałoby ją spostrzeżenie tego typu: "Jednak przecież, jak się tak jeszcze bardziej zastanowię, z zupełnie niewinnym człowiekiem, jak nie zacznę zaraz protestować, stanie się coś naprawdę bardzo złego, więc ja się chyba jednak odważę i powiem co o tym tak naprawdę myślę. Trudno, stracę pracę. Poza tym nie wiem czy odważając się na ten protest uratuję tego biednego Skazańca, bo sprawy już się tak nieprawdopodobnie pokomplikowały, ale przynajmniej uratuję siebie we własnych oczach i miłość żony do mnie. Przecież mi mówiła, żebym Go nie skazywał". Gdybym tu dodała jeszcze odrobinę wyjaśnienia wziętą z mojego zawodu konserwatora malarstwa, to powiedziałabym, że droga nawrócenia jest bardzo podobną drogą do pracy nad odkrywaniem warstwy pierwotnej bardzo pięknego, prawdziwego fresku (np. w typie fresków Giotta), które przykrywa kilka warstw przemalówek. Wiedzie ta droga do odkrycia kogo tak naprawdę Pan Bóg stworzył kiedy stworzył Ciebie lub mnie, a co Ty lub ja widzimy w lustrach myśląc, że patrzymy na siebie (dodatkowo chcę tu zauważyć, że jeśli się weźmie pod uwagę takie rozumienie drogi nawrócenia, to już nie działa teoria narcyzmu, bo nie sobą a cudzym dziełem człowiek się wtedy zachwyca). Przy takim porównaniu trudności okazują się oczywiste tylko dla konserwatorów, więc je wypowiem: 1. przemalowanie może być równie świetne, 2. warstwa pierwotna może się okazać bezcenna, ale równocześnie bardzo zniszczona, 3. paskudne przemalowanie może bardzo mocno przywierać do warstwy pierwotnej, 4. bardzo wartościowym może się okazać przemalowanie najstarsze, czyli to, które leży bezpośrednio na warstwie pierwotnej, więc rozwarstwianie niestety - choć możliwe - przyniesie trochę nowych ubytków, które potem trzeba będzie uzupełnić (efekt na pewno będzie rewelacyjny, ale trzeba się będzie dużo więcej napracować).

23 czerwca 2016

Myślę, że te najlepsze zachowania zwierząt mówią sporo o tym od którego miejsca tak naprawdę powinien człowiek zaczynać pracę nad sobą. Na 100% ratują życie: delfiny, nowofundlandy, bernardyny. Wracają nie tylko bumerangi, ale też - jak widać na polecanym przeze mnie filmie - nawet orły. Mistrzostwo świata w przytulaniu należy się... surykatkom. Nikt tu nikomu za to nic nie płaci.

30 maja 2016

Polecam film: Mój przyjaciel orzeł.

20 maja 2016

Sztuka jest naprawdę trudna do zrozumienia. Nie jest idealną precyzją harmonii.

21 kwietnia 2016

Czy w malarstwie są jakieś pewniki? Tak. Jednym z nich jest np. to, że w sztuce religijnej Zachodu obrazem, który jest równocześnie też genialnym malarstwem jest (też np.) Madonna Sykstyńska Rafaela, a w sztuce religijnej Wschodu ikoną, która jest równocześnie też genialnym malarstwem jest np. ikona Przemienienie Teofana Greka. To, aby zauważyć, że genialne malarstwo może się wydarzać w różnych kontekstach jest o tyle ważne, o ile pozwala dostrzec, że w takim razie wcale nie chodzi o to, aby koniecznie podejmować drogę, jaką poszedł El Greco, który najpierw malował ikony, a potem obrazy lub odwrotną. Można właśnie posłużyć się malarstwem, jak się je już troszkę umie, aby potem namalować zarówno dobrą ikonę, jak i dobry obraz. No i można też nie powędrować z całym swoim życiorysem od ikony do obrazu czy też odwrotnie, tylko właśnie można zrobić tak, że czasem namalować ikonę (malarstwo religijne), potem czasem obraz (też malarstwo religijne), a od czasu do czasu tylko pejzaż (tzw. bohomaz lub obrazek). Wtedy jednak jest już dużo trudniej, a pewnikiem okazuje się... malarstwo.

18 i 19 kwietnia 2016

Leonardo da Vinci nie miałby łatwo, gdyby żył w XXI wieku. Jeśliby już przebrnął przez kody PKD (określenie dokładne czym być może jako twórca i odkrywca z zarejestrowaną działalnością gospodarczą pewnie kiedyś chciałby się zająć zabrałoby mu sporą część życia i sił, których już nie zaangażowałby potem ani w malarstwo, ani w inne jego zainteresowania, ponieważ zużyłyby mu się na to określenie), gdyby zajął się tak jak się rzeczywiście zajmował, ale przecież (19 kwietnia 2016 r. dodałam słówko „przecież”) nie w XXI wieku, tylko kilka wieków wcześniej i malowaniem i wymyślaniem jakiś wynalazków, zarzucono by mu, że albo źle maluje, ale źle wymyśla wynalazki, a jeśli nie to, to na pewno cierpi na rozdwojenie jaźni. Przecież to jest takie „oczywiste”, że nie może jeden człowiek rozumieć matematyki i malarstwa.

***

Prawdziwa sztuka na pewno nie jest wulgarna.

16 i 19 kwietnia 2016

Co na pewno nie jest problemem? 1. rozmowa, 2. mądre przebaczanie, 3. powstrzymanie się od oczerniania, obmowy i narzekania, 4. usprawiedliwianie, 5. religijność (naturalna cecha ludzka), 6. prawdziwe piękno, 7. prawdziwe dobro, 8. życie, 9. prawdziwa mądrość, 10. prawdziwa miłość, 11. opanowane uczucia i emocje, 12. wolność, która nie jest rozumiana jako samowola, 13. dobry obraz, ikona, malarstwo.

A co na pewno jest problemem? 1. nie milczenie, a „ciche dni”, 2. nie nieudany żart, a przemoc, 3. nie nieudolne upominanie i pouczanie, a chęć zemsty, 4. nie rozżalenie, a oskarżanie, 5. nie poszukiwanie prawdy, a zaprzeczanie rzeczywistości (np. przez mówienie, że nie ma cierpienia), 6. nie ładność, a kicz, 7. nie błędy i pomyłki, a wybór zła, 8. nie cierpienie i śmierć, bo nie ma jak tego uniknąć, choć można sprawiać, aby tego typu „tematy” wydarzały się w życiu jak najpóźniej, a nie niesienie ulg w cierpieniach i odstąpienie od pomagania tym, którzy tej pomocy na pewno potrzebują, 9. nie niewiedza, a głupota, 10. nie potrzeba samotności, a obojętność, 11. nie zmysłowość (proszę jej nie mylić z erotyzmem), a całkowity brak uczuć i emocji oraz zmysłów (19 kwietnia 2016 r. dodałam wyrażenie „oraz zmysłów”), 12. nie jakaś przeprowadzka, a brak takiej możliwości, 13. nie rzemiosło, a kompletny brak jakiegokolwiek talentu (każdy człowiek powinien mieć przynajmniej jeden).

***

Problemem nie jest nawet psychiatria. Problemem jest zła psychiatria i mordercza, nic nie wybaczająca przemoc społeczna wobec osób, które kiedykolwiek w życiu skorzystały z tego typu pomocy w najtrudniejszych chwilach swojego życia. Problemem nie jest nawet alkohol, a to, że niektórzy go nie chcą. Ile się trzeba „naodsuwać” od ludzi kiedy się podejmie nawet nie radykalną, a bardzo delikatną decyzję, np. tę, że się nie będzie już nigdy piło wódki. Od razu w oczach niektórych człowiek okazuje się dużo mniej fajny. Bo po takiej decyzji pije już tylko wino. Już nie pamiętam, w którym roku zdecydowałam się, że jak piję, to tylko wino. Jedną, dwie lampki i  tyle. Oznacza to, że nie piję też likierów, drinków, winiaków, domowych nalewek i tego co teraz nie wiem jak jeszcze może się nazywać, ale nie jest dobrym winem. Oznacza to, że jak mnie tym innym częstują, odmawiam. Różnie potem bywa w relacjach z tymi osobami, którym odmówiłam wypicia alkoholu (piwa i cydru też nie piję [jakoś od 15-tu lat]), ale się trzymam i nie żałuję tych decyzji. Dlaczego postanowiłam pić tylko wino? Dla siebie, dla tego świadectwa, dla jeszcze innych, którym to może pomóc w zerwaniu z nałogiem lub w trzymaniu się w abstynencji.

***

Podjęcie drogi nawrócenia to jest bardzo trudna sprawa. Nie chodzi tylko o to, aby np. nie przeklinać, ale bardziej jeszcze o to, żeby pamiętać, że oprócz takiego postanowienia nie jest dobrze tyle się oburzać, jak my się czasem oburzamy np. na to, że dosłownie godzinę po tym jak my postanowiliśmy przestać przeklinać, ktoś przy nas raz czy dwa wypowiedział jakieś wulgarne wyrażenie, ponieważ on się jeszcze nie nawraca. Nie dobrze się tu oburzać, ponieważ wiadomo o co chodzi. Ta osoba oczekuje przebaczenia, gdyż odkryła, że się jej należy, albo nie oczekuje, tylko odkryła, że może sprawdzić jak taka droga nawrócenia w ogóle działa, albo chce się nauczyć dla siebie jak w takich sytuacjach można się zachować, żeby właśnie nie wypaść z tej drogi nawrócenia, jak się już na nią zdecyduje wejść.

9 kwietnia 2016

Dobra wiadomość dla ofiar różnego typu freudyzmów: kilka lat rzetelnej drogi własnego nawrócenia w Kościele Rzymskokatolickim i będzie wiadomo na czym ten rodzaj uszkodzeń polega i jak wygląda rzeczywistość bez nich. Nie może być krócej. To, że kilka lat, a nie kilka dni lub tygodni, czy miesięcy, to pewnik i pewność, że dobra droga. Można o tym przeczytać w Dziełach św. Jana od Krzyża, doktora Kościoła.

8 kwietnia 2016

Filozofia bez miłości jest jak teologia bez Objawienia. Obraz bez umiejętności malarskich malarza jest trudny do pojęcia, ale bywa, że tam gdzie nie ma malarstwa nie ma go po to, aby było coś czego się malarstwem nie da wyrazić bez seplenienia. Dlatego nie trzeba się silić ponad siły i na siłę nawet w grafikach próbować widzieć malarstwo. W grafikach już łatwiej zobaczyć rysunek.

***

Jeśli natomiast chodzi o moją twórczość malarską, to - pomijając na chwilkę fakt, że trochę mi teraz brakuje na to czasu - staram się nie malować w dwóch przypadkach: po pierwsze wtedy, kiedy nie mam skąd wziąć naturalnego dziennego oświetlenia (tu bym miała uzależnienie od pogody), a po drugie wtedy, kiedy z jakiegoś naprawdę poważnego powodu jakoś lecą mi z oczu łzy (byłby to dowód na moje uzależnienie od różnych w życiu wydarzeń). Dodam też uzasadnienia dlaczego tak robię: w dziennym oświetleniu kolory są zupełnie inne, niż w oświetleniu sztucznym; są dużo lepsze i przeróżne. Drugie uzasadnienie byłoby takie: nie chciałabym, żeby ktoś kiedyś o mnie powiedział, że gdyby tyle nie cierpiała, to nie namalowała by tylu całkiem sensownych obrazów. Z tego samego powodu nie tylko przestaję malować obrazki, ale też przestaję pracować nad jakimś dobrze zapowiadającym się tekstem, z którego może mógłby być artykuł. Nie chodzi tu o jakieś moje przewrażliwienie, a o moją decyzję. Decyzja ta wzięła się z odnalezienia już nawet jakiegoś rodzaju pewności, że jednak nie cierpieniem się tworzy, że jednak im więcej cierpienia, tym mniej twórczości. To się przekłada także na cierpienie ofiar manipulacji. Zastanawiam się też od czasu do czasu czy nie wziąć się za targanie niektórych moich gwaszy i usuwanie jakiś moich tekstów (na większą skalę niż to robię od lat), np. po tym jak znów mną coś tak bardzo wstrząśnie jak czasem wstrząsają codzienne wiadomości. Nie po to - od razu wyjaśnię - aby sobie ulżyć, ale po to, aby właśnie się okazało, że nie cierpienie przysparza sztuki, a zwykła, naturalna radość życia i jakaś umiejętność, którą na dodatek można kształcić (tzw. zdolności, a czasem talent). Żeby jednak nie mówić już o sobie, dodam przykład tego co się czasem mówi o Halinie Poświatowskiej, że przez chorobę napisała tyle cennych wierszy, czy że gdyby nie chorowała, to by ich nie napisała i nie mielibyśmy takiej klasy Poetki. Proszę w to nie wierzyć! Poetka właśnie nie napisała tylu cennych wierszy, ile by napisała, gdyby żyła dłużej i gdyby nie była przerażona własną, bardzo ciężką chorobą (chorowała na serce). I jako zdrowa na pewno napisałaby piękniejsze. Wiem, bo widzę sama, że piękniej się maluje jak nic nie boli. Można malować i pisać pomimo cierpienia, ale cierpienie nie przekłada się na jakość twórczości. Cierpienie kulturę niszczy, a nie nakręca! Czytanie z obrazów malarzy profesjonalistów ich psychokondycji jest błędem, ponieważ artysta malarz nie epatuje własną emocjonalnością na swoich płótnach, ale podejmuje jakieś zagadnienie, temat, dokłada do tego swój warsztat malarski i... maluje obraz. Ale obrazy, które są owocem terapii sztuką ukazują, a przynajmniej powinny ukazywać prawdę o uczuciowym nastroju autora malarskiej pracy. To też czasem mogą być dobre obrazy tyle tylko, że autor jest w nich jakoś bardzo odsłonięty. To jest, tak naprawdę, dużo trudniejsza sytuacja. Chyba bardzo podobnie jest w różnicy pomiędzy profesjonalnym aktorstwem, a psychodramą. Choć tam (w psychodramie) jest jeszcze trudniej, ponieważ nie ma nawet tego dystansu, który daje podobrazie (człowiek "jedzie" na własnych emocjach, a nawet na bardzo silnych i związanych z życiowymi decyzjami uczuciach i "wjeżdża" we własną historię cierpienia, nawet jeśli służy drugiemu za "eksponat", bo zazwyczaj jest niemożliwe, żeby nic nie czuł).

6 i 7 kwietnia 2016

Dlaczego in vitro na pewno trzeba porzucić? Ponieważ dojrzałe pragnienie dziecka jest pragnieniem obdarowania (poczęcie) i obdarowywania (wychowywanie) życiem i niczym więcej (inną sprawą jest to w jakich warunkach może takie pragnienie w sercu człowieka się pojawić [osobiście uważam, że pojawienie się takiego pragnienia świadczy o tym, że do serca, w którym się to pragnienie pojawiło, dotarła z zewnątrz prawdziwa miłość]). Nie ma tego pragnienia obdarowania, jeśli aby żyło jedno dziecko trzeba skazać na zagładę kilkoro innych. Jaki związek mają tak trudne życiowe tematy z malarstwem i rysunkiem? Ogromny: jeśli ktoś chce naprawdę uczyć się malarstwa i rysunku, to nie może z tego zrobić dla siebie tzw. terapii sztuką, czyli nie może sobie w ten sposób (poprzez malowanie obrazków) rozwiązywać swoich życiowych problemów, ponieważ chce nauczyć się malować dobre obrazy, a to co innego. W malarstwie życiowe problemy dość często się podejmuje, ale to nie regeneruje (czym innym jest satysfakcja z dobrze zrobionej roboty, czyli kiedy się wreszcie zobaczy, że się wreszcie jakiś obraz zaczyna udawać [to nie znaczy: "wreszcie zaczyna mi się podobać to co namalowałam", tylko: "wreszcie widzę, że to co powinno być na dobrym obrazie od czasu do czasu, aczkolwiek bardzo niewyraźnie zaczyna być widać i na moich płótnach"]), a tak naprawdę często męczy (jak np. nauka gry na pianinie). Tematem malarskim może się stać także... pragnienie obdarowania życiem. Naprawdę, proszę spróbować mi w to uwierzyć, prawdziwe malarstwo to przestrzeń myślenia, a i jakiejś duchowej formacji. Dobrym świadectwem na to jest twórczość malarska osób, które nie mogą malować posługując się pędzlem w dłoni, więc malują trzymając pędzel w ustach lub w palcach stóp.

***

W chrześcijaństwie wcale nie chodzi o doprowadzanie do zachwytu jakimś rodzajem estetyki, którą na dodatek jakiś ktoś uznał za jedynie słuszną. Chodzi o coś innego: o pomaganie. Ale o jakie pomaganie? O pomaganie w życiu. Przecież nie tylko w tym, abyśmy w ogóle żyli, ale aby się nam i wszystkim ludziom, żyło jak najlepiej, aby było wiadomo co trzeba robić, jakie decyzje podejmować, aby się żyło nie tylko Tobie czy mnie jak najlepiej, ale też innym. W chrześcijaństwie jest coś więcej i to już na samym starcie, niż primum non nocere. Ponieważ tu nie tylko człowiek ma drugiemu w żadnym wypadku nie zaszkodzić w sytuacji kiedy ktoś przyjdzie i poprosi o jakiś rodzaj pomocy, ale ponieważ tu dodatkowo człowiek powinien sobie zadawać pewien trud, aby się dowiadywać w czym, komu i jak może jeszcze dodatkowo pomóc. W pewnym sensie chyba można wziąć pod uwagę ten namalowany tekstem obraz ze Starego Testamentu, na którym Mojżesz z pomocą łaski Bożej zrobił lepsze cuda, z czego chyba można nawet wyprowadzić analogię, że tak jak Mojżesz z pomocą łaski Bożej wykonał lepsze cuda, tak współcześnie, jako chrześcijanie, z pomocą łaski Bożej, mamy prawdopodobnie czasem nawet skuteczniejsze sposoby na pomaganie. Trzeba tylko się za to pomaganie częściej brać. Ale skąd wziąć na to siły, skoro wokół tyle obrazów przemocy? Kiedy siły idą na to, aby pomagać tylko sobie, to znaczy, że się już jedzie w pomaganiu na rezerwie. Czuje się co nie jest lenistwem. Kiedy się człowiek odnajduje w takim stanie bezsilności, a żyje w łasce, znaczy to, że zaczerpnąć powinien z Bożego Miłosierdzia. Tu są te siły jakich trzeba na ten rodzaj pomagania. Miłosierdzie Boże nie jest takie proste jakby można przypuszczać biorąc dosłowne tłumaczenie słowa misericordia, ponieważ ta litość serca czegoś nie może: nie może skrzywdzić. Wszelkie krzywdzenie jest sprzeczne z Miłosierdziem! W święto Bożego Miłosierdzia ktoś zostawił w nagrzanym aucie dwa jamniki. Mam nadzieję, że udało się je uratować. Potrzebna jest taka elementarna wiedza o tym, że psy bardzo źle znoszą upały, żeby ich nie krzywdzić. I w innych dziedzinach życia tak samo. Patrząc na to z drugiej strony dobrze jest wiedzieć, że wolno wybić szybę w cudzym aucie nawet, aby uratować zwierzę. Jeszcze uwaga dla przewrażliwionych: to, że kogoś "boli" informacja o tym, że w jakimś aucie zdycha na upał jakiś pies ("boli", ponieważ przeżywa empatycznie cudze cierpienie, więc nie cieszy się tym, że tak przeżywa, tylko wolałby tego wcale nie słyszeć), nie ma tu nic do rzeczy. Nie wolno się poddać takim formom ukrytej przemocy i zrezygnować z tego mówienia. Taka bolesna informacja podana w ostatnią niedzielę przez mikrofon w Sanktuarium Bożego Miłosiedzia w Krakowie, że w konkretnym aucie zaparkowanym w konkretnym miejscu cierpią na upał dwa jamniki z prośbą, żeby ktoś szybko poszedł je uwolnić, była po to, aby uratować im życie. Ma się trochę czuć to empatyczne cierpienie, żeby mieć dość siły do ratowania.

powrót

Krótki utwór tekstowy:

O! „Kocham” Kraków, bo to nie grzech.

Krótka obrona magistrów sztuki:

Nie jest prawdą, że dobrzy malarze są dlatego dobrzy, że są pouszkadzani. To paskudne pomówienie. Niestety spotkałam się z tego typu zdaniem na temat twórców. Dlatego oburzona, oświadczam: żeby malować profesjonalnie trzeba mieć silne nerwy i bardzo dobry kontakt z własnymi emocjami. Kto nie ma, nie powinien się brać za ten zawód. Tzw. terapia sztuką to coś zupełnie innego. Zaświadczenie niech będzie potwierdzeniem, że byłam sprawdzić.

Krótka podpowiedź jak się regenerować, kiedy się maluje profesjonalnie:

Od czasu do czasu zaaplikować sobie szybkie chodzenie; od czasu do czasu wypić lampkę dobrego wina (dot. osób nieuzależnionych); od czasu do czasu dobrze się wyspać; od czasu do czasu zająć się rozumieniem tekstu, a nie obrazu; od czasu do czasu zrobić sobie opuszkami palców automasaż głowy.

Krótka aprobata dla malarzy malujących amatorsko:

Malarstwo malarzy amatorów jest mało świadome, ponieważ świadomość tego co się robi na podobraziu uzyskuje się w drodze przynajmniej kilkuletniego kształcenia akademickiego, ale niekoniecznie musi malarzowi zależeć na tej świadomości, więc można z całą pewnością wybrać dla siebie malarstwo amatorskie i może to być jak najbardziej świadomy wybór, a nie jakaś życiowa porażka. Malarze amatorzy mogą z powodzeniem sprzedawać swoje prace, ponieważ ich malarstwo jest łatwiejsze w odbiorze. Pozostają jednak w pewnego rodzaju ciemności twórczej, której nie mają malarze profesjonalni.

Niektóre intelektualne protesty wyglądają tak, jakby ktoś się oburzał na to, że koło, które przede wszystkim służy do konstruowania pojazdów ktoś użył do zbudowania żaren i robi taką formą, którą nie on wynalazł, świetną mąkę. Ale jak się wymyśla koło? Bardzo prosto: trzeba spojrzeć na słońce lub księżyc, pomyśleć i... gotowe. Każdy to może zrobić. Nawet dziś.

14 lutego 2016 r.

© malarstwo i Ty Renata Kucharska, 2010-2017.